• Idź do treści
  • Idź do menu
  • Idź do wyszukiwarki
  • Felietony zamieszczone w tygodniku "W Sieci"

    Goodbye Johnny ·

    Większość dat w życiu każdego człowieka – z upływem lat – zaciera się. Tylko niektóre, związane z wielką miłością, z chorobą a potem śmiercią najbliższych a także dzień zdania matury – odciska na nas swoje piętno. Nasza wybiórcza pamięć, niby najdoskonalszy komputer, przechowuje owe wydarzenia jak drogocenne pliki, a my – coraz bardziej dorośli, co kilka lat wyświetlamy je z niepamięci. Lecz bywa i tak, że banalna scena – jak ze starego, biało-czarnego filmu z lat 60-tych, gdy tworzyli Louis Bunuel („Virdiana”) i Vittorio de Sica („Złodzieje rowerów”), pozostaje w nas na lata. Zawsze wówczas, gdy scena dotyczy emocji. Kiedy jesteśmy dziećmi, nasiąkamy nimi jak gąbeczki. Ciekawi nas wszystko co jeszcze nieznane, nieodkryte, zakazane. Czyjś pocałunek, a nawet jedno spojrzenie może porazić dzieciaka jak piorun. Drewniana komórka z książkami siwego jak gołąb dziadka, który staje przed wnukiem mówiąc: – „Czytaj, chłopcze. Książki są jak świątynie greckie. Znajdziesz w nich skarby. Czytając zdobędziesz wiedzę, pobijesz swoich kumpli intelektualnie.” Czytamy zatem, podpatrujemy i obserwujemy świat. Nawet wśród rupieci na strychu można znaleźć owe skarby. Zrywamy pajęczynę czasu, wkładamy z powrotem pogięte i pożółkłe fotografie z lat 20-tych do pudła i schodzimy na dół do saloniku. A potem wsłuchujemy się w długie, wieczorne dysputy starszych przy okrągłym stole z mahoniu, nad którym unosi się dym
    z fajki. Wszystko to i jeszcze więcej przechowujemy w swojej duszy przez lata. Zapamiętane dialogi, twarze, rekwizyty. Czasem jest to tylko dźwięk. Innym razem barwa. Kolor jabłka. Kształt czaszki. Czyjeś dłonie, które z zacięciem gestykulują, gdyż język ciała wyraża czasem więcej niż mowa. Wszystko co nas otacza, zapada w naszą duszę, kształtuje wrażliwość na piękno. Zaczynamy je dostrzegać nawet w brzydocie.
    Tylko mądrzy rodzice pragną przedłużyć dzieciństwo swoich dzieci. Niechaj mają jak najdłużej swoje 12 lat. Niech cieszą się każdą sekundą swego dzieciństwa. Już wkrótce będą musiały walczyć, rywalizować, stawać pod ścianą.

    Grudzień 2001 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, utkwił
    w mojej pamięci na zawsze. To wyjątkowy miesiąc, w którym dostaje się prezenty i składa życzenia. Noszę go jak drogocenny skarb. Wiąże się z nim kilka scen, która napisało życie. Każdy, kto choć raz próbował pisać, zapewne spędziłby przy wymyśleniu podobnej fabuły kilka dni. Ta wydarzyła się w rzeczywistości. Przelewam ją dziś na papier. Z dozą sentymentu i ulgą.

    Dziewczynki: Józefina (10) i Charlotta (12) od rana szaleją. Gdy wracam po południu do domu z choinką, już w drzwiach wita mnie ich krzyk.

    - Wzięłaś moją pomarańczę, bo jej nie widzę i zjadłaś, więc nie kłam! – strofuje młodszą Josie starsza Charlotte.
    – Przecież dobrze wiedziałaś, że należy do mnie! – Wcale nie, tata też jakieś wczoraj kupił. – Ale ty te większe sama wkładałaś do koszyka. – Dobra, zjadłam, bo mi smakowała, więc ci odkupię, pasuje, dobra?! – O co tu chodzi?! – pytam jeszcze spokojnie, ale czuję, jak podnosi mi się ciśnienie. – Przede wszystkim nie mówi się „ dobra”, tylko dobrze. – Ani spoko, ani ściema … – prawda tato? – podlizuje się Józefina.
    Znów zadaje sobie trudne pytanie: jak wychować własne dzieci ? Co im przekazać? Przecież oprócz pieniędzy istnieje coś istotniejszego.
    Kogo zaproponować do słuchania? Mozarta, Haydna, Bacha, czy Teddy Pendergrassa, Solomona Burke a może Leonarda Cohena?
    Wybierają koszmarną „Radiostację „. Dyskotekową, klubową sieczkę. Tylko ,że nie można im tego głośno powiedzieć. Bo natychmiast mnie znienawidzą.
    Po raz kolejny zadaje sobie pytanie: jak zdobyć u nich autorytet? – Będziemy słuchali „Radiostacji” i koniec! Jesteś wieśniakiem! Głupim, tępym wieśniakiem! – dogryza mi Józefina. – Jak odzywasz się do mnie!? – ripostuję na poważnie i w tym samym momencie uprzytamniam sobie, że powaga to reakcja najgorsza z możliwych. – Wyłączcie te komercyjna stację! – Ty możesz słuchać swoich kawałków, to my możemy słuchać swoich. – Ale ściszcie trochę. Jest cicho. – A karpia kupiłeś? – przypomina sobie naraz Charlotta. – Kupiłem. Zaraz go wpuszczę do wanny.

    Pozostawiam na chwilę dzieci i wyjmuję karpia z plastikowego kubełka, odkręcam wodę i wpuszczam rybę do wanny. Gotowe!- wołam z łazienki do moich dziewczynek. Niech sobie popływa. Dzieci wpadają do łazienki i natychmiast zasypują mnie pytaniami: – A jak go nazwiemy? – dopytuje się młodsza o 2 lata Józefina. – Może Johnny – rzucam od niechcenia. – Fajnie! – zgadza się natychmiast Charlotta.- Niech będzie Dżonuś. – Jesteście głodne? – pytam dziewczynki. – Zrobię spaghetti. – Dobry pomysł, Tato. – Twoje spaghetti jest pyszne. Zbiegamy na dół do kuchni gdzie przyrządzam włoski makaron z dodatkiem mięsa, bazylii
    i oryginalnego włoskiego sosu. W kwadrans później Jo i Charlie zasiadają do stołu, a ja zaglądam na piętro do łazienki aby sprawdzić czy ryba pływa. Przeczucie mnie nie myli. Karp jest!…ale unosi się tuż pod powierzchnią wody leciutko przechylony na bok. Widzę jego srebrny grzbiet i dwie boczne płetwy oraz długi pysk. Decyzja jest natychmiastowa. Zaczerpnąwszy do mojego kubełka dużą porcję wody, chwytam Johnnego lewą dłonią i umieszczam go z powrotem w plastiku a następnie zbiegam na dół i najspokojniej w świecie, jakby nic się nie stało oznajmiam: – Wiecie co, dziewczyny…doszedłem do wniosku, że nie zjemy tego karpia w Wigilię. – Jak to?! – Postanowiłem, że go wypuścimy do rzeczki za rondem. Niech sobie pływa, niech sobie pożyje… – jak myślicie, dobry pomysł czy nie? – Pewnie, Tato, że dobry – zgadza się natychmiast Josie. Ja nie tylko, że nie lubię jeść ryb, ale w ogóle uważam, że zabijanie karpia to głupota. – Tak, tak – zgadza się Charlotta. – Niech Dżonuś sobie jeszcze pożyje. – To jedźmy! Ubierajcie się bo jest przymrozek.
    W dziesięć minut później dojeżdżamy do Jeziorki, tuż za dzisiejszą Papiernią.
    Wyskakuję z wozu i z kubełkiem w dłoni podbiegam do brzegu. Dziewczynki wychylają głowy przez otwarta szybę. Widzę w ich twarzyczkach napięcie, którego nie próbują maskować, jak to zwykle czynią dorośli. Gdy robię zamach, a następnie wykonuje jeden zdecydowany ruch, karp wylatuje w kierunku wody i ślizgiem wpada w toń. Dobiegają do mnie tylko dwa zdania – dwa krótkie zdania moich dzieci, które pojawiają się nagle przy mnie. – Goodbye Dżonuś! – woła Józefina. – Płyń sobie do morza, Johnny, płyń! – wtóruje jej Charlotta.
    Zawracam autem do domu. Zaczyna sypać śnieg. Nie ma karpia na Wigilię – dumam. Nie ma
    i już! – Będzie pewnie zawieja, dziewczynki. Idzie zima. – To nic, Tato. Zima jest fajna. Pójdziemy na sanki, prawda? – Prawda, córeczko – odpowiadam automatycznie. I naraz przypominam sobie swoje dzieciństwo. Przedziwny, tajemniczy i jednak najwspanialszy okres w życiu człowieka, do którego ostatnimi laty powracam i pewnie będę powracał niemal obsesyjnie. Moje dzieciństwo to trochę tylko uchylone drzwi. Trzeba tylko chcieć położyć dłoń na klamce, a potem wślizgnąć się do środka.

    P.S. Fotografia autorstwa KLT. Podpis:
    Na fotografii rzeczka Jeziorka w Konstancinie. To tu, „Johnny” popłynął do morza
    23 XII.2001 roku.

    Komentarze

    1. Płaczę.

      Holden Caulield · 24.11.2014 20:30 · #

    Textile - pomoc

    Zobacz też: