• Idź do treści
  • Idź do menu
  • Idź do wyszukiwarki
  • Felietony zamieszczone w tygodniku "W Sieci"

    Gwiazdka w fińskim domku ·

    Gdy skończyłem dwanaście lat, było to w grudniu 1956 roku pamiętam tęgi mróz, aż odpadały z zimna policzki, pamiętam zawieje, jak z powieści Jacka Londona, okutanych w czapki, grube szaliki i watowane kurtki pasażerów tramwaju nr. 15, który startował z jękiem z pętli na Bielanach usytuowanej kilkaset metrów za bramą do AWF-u. Bielany istnieją do dziś, ale dzielnica z lat 50 i 60-tych miała więcej melancholii, bo bieda była przeogromna, zaś niewola jak żelazna obręcz.
    Tamto pokolenie było urodziwe i miało wdzięk. Piło wódkę, pięknie kochało. Kobiety chodziły latem w sukienkach z tanich kretonów a nie w dżinsach. Faceci byli dorodni. Co drugi to przystojniak i sportowiec. Mknęli na motorach. Grało się w siatę, w brydża, kanastę, jeździło na nartach. Auto było marzeniem. Prawie nikt nie przeklinał, chyba że od święta. Ludzie się uczyli, czytali pasjami książki, a potem dyskutowali godzinami w kawiarniach przy kawie i eklerce albo kieliszku Egri Bikaver. Amerykańskie filmy były rarytasem. Chodziło się na radziecką „Strażnicę w górach”. Dopiero wiele lat później, w niezapomnianej „Tęczy” na Żoliborzu i „Moskwie” na Mokotowie przy Puławskiej, oglądało się „7 Wspaniałych”, czy „12 Zgniłków”. Dokąd odeszli Yul Bryner, Gary Cooper i Telly Savallas?
    Tamto pokolenie naszych najbliższych w przytłaczającej większości spoczywa na cmentarzach całego świata. Od Warszawy po Nowy York. Gdy nadchodzą święta, wielu z nas wspomina przyjaciół i najbliższych. Gdy my śpiewamy kolędy – Oni, siedzą na chmurze i zapewne śpiewają także.
    Pokolenie. Jego ideały, marzenia, projekty to dziś głęboka przeszłość. Rozpłynęła się tamta wiara. Paczka niesamowitych artystów, żołnierzy AK, inżynierów, szewców, piosenkarzy. I te kobiety, o których mówiliśmy „babki”. Nikt nie określał dziewcząt w sposób grubiański. Dzisiejsze określenie „laska” byłoby zniewagą. Każda była narzeczoną.
    Przyćmione światło gazowych latarni w sześciokącie ulic: Schoeregera, Podczaszyńskiego, Kleczewskiej, Zuga i Barcickiej stroiło moje szczenięce serce jak do fugi. Od Jesieni do Zimy wałęsałem się ulicami, obserwowałem świat, który zdawał się być o wiele lepszy. A nawet …doskonały. Złudzenie chłopca. Był to okrutny czas. Czas stalinowskich represji, gdy ludziom brakowało wolności jak powietrza a kiedy ktokolwiek próbował przeciwstawić się władzy, był szykanowany. Próbowało wielu. Jak dziś pamiętam, moi rodzice ściszali często głos, gdy mój stary opowiadał nagle coś co wydarzyło się w ZSRR. Namiętnie słuchaliśmy „Wolnej Europy”. To dzięki monachijskiej stacji radiowej docierały do zniewolonych ludzi najświeższe informacje o wolnym świecie a przede wszystkim o represjach w NRD, w Polsce i pozostałych krajach, na których swą łapę trzymali Ruscy. To był żelazny uścisk. Czuliśmy się skuci psychicznie. Zapewne z tego powodu, Święta Bożego Narodzenia, były chwilą oddechu dla każdego.
    Grudzień 1954, 55 i 56 roku. Jechaliśmy przez bialuteńkie, zasypane na metr Bielany do centrum Warszawy na Święta Bożego Narodzenia ze skromnymi prezentami zapakowanymi w gruby, brązowy papier autobusem (chyba nr.132) z przesiadką na następny – nr. 116. Ciocia Lala i stryj Wiesio (najstarszy brat mojego ojca) z malutkimi dziećmi: Ninką i Wojtkiem, mieszkali w domkach fińskich na tyłach dzisiejszej ambasady Francji. Ten papier, w który moja mama pakowała prezenciki dla najbliższych, mam ciągle w oczach. Słyszę jego szelest. Widzę sprytne palce mamy, gdy zawija rogi i podpisuje długopisem imiona.
    Jesteśmy na miejscu. Mijamy szkołę z czerwonej cegły, potem skręt w prawo,
    w wąską uliczkę objętą przystrzyżonymi krzewami i już! Tata podchodzi do fińskiego domku, puka dyskretnie w szybę, zza której w bladym świetle wyłania się sylwetka Cioci. Dostrzegam jej kok na głowie i grube okulary na nosie. Gdzieś z boku ujada pies wujostwa. Ciocia uchyla okno. – To my, to my – woła mama. – Wchodźcie! Wchodźcie! – odpowiada ciocia Lala – Otwieram!
    Sień, jak w starych domostwach. Na wieszaku płaszcz przy płaszczu, kurtka obok kurtki i dwa rzędy butów, w których się chodziło latami. Wszystkie ze skóry, pomarszczonej i popękanej miejscami, z grubymi sznurowadłami schowanymi do środka zapobiegliwą dłonią matki i żony. Przyćmione światło 60-tki pod sufitem. I zapach – zawsze ten sam, charakterystyczny zapach wilgotnego korytarza, wypastowanej podłogi przemieszanego dziś zapachem świeżego ciasta. – Witajcie! – Dobry wieczór – powiada śpiewnym głosem wujek Wiesio. – Dobrze, że już jesteście. Lala napracowała się i wszystko już gotowe. Możemy zaczynać Wigilię…
    Stryjek Wiesio pomaga mojej mamie zdjąć płaszcz. Moja mama rozbiera mnie. Wchodzimy do niedużego pokoju . Naprzeciwko, po lewej stronie kaflowy piec. Po prawej przy dużym oknie stoi pod sam sufit pachnąca choinka. Na samym czubku gwiazda ze srebrnego papieru. Wszędzie kolorowe bombki i dwa tuziny zabawek z papieru mache i słomek, pamiętających jeszcze lata 40-te. Moją uwagę zwraca kolarz ze słomki. A świeczki! Kolorowe, cieniutkie świeczki i kilkanaście metrów ręcznie klejonych łańcuchów także z kolorowego papieru. Na przeciwko drzewka – jasno brązowe pianino z otwartą klapą i rozłożonymi nutami.
    Stół wigilijny. Czego tam nie było. Karp w galarecie. Kompot z suszu. Barszcz czerwony z uszkami. Pieczona ryba. Śledź w śmietanie. Kapusta z grzybami. Łazanki. Makowe mleko. Pod syto . Biały kisiel migdałowy. I wiejski chleb, także razowy. Obok masło, chrzan, majonez. A spod białego, jak obłok obrusu, wystawało sianko. A przecież cioci i stryjkowi nie powodziło się. Biedowali. – Czy chcesz Bogusiu kapcie? – pyta stryjek Wiesio mojego ojca. – Nie, dziękuję ci Wiesiu, jeżeli ciocia Lala pozwoli, zostanę w butach .Wytarłem je dokładnie przed wejściem. – A ty, Zosiu – zwraca się ciocia Lala do mojej mamy – jak się czujesz? Nie chorujesz, nie jesteś przeziębiona ?… – Trzymamy się. Zima jest doprawdy ciężka, ale humor dopisuje.
    Wszyscy myjemy ręce w maleńkiej łazience a następnie siadamy do stołu. Jesteśmy w komplecie. Starsi i młodzi i całkiem malutcy, gdyż dzieci stryjostwa to jeszcze bejbusie. Na parapecie okna przysiadło kocisko i liże sobie łapę. Najpierw lewą, długo, dokładnie z namaszczeniem, potem drugą. Kot chyba wyczuł, że to szczególny czas i trzeba się przygotować do Wigilii.
    Stryjek sięga po opłatek. – Czas na życzenia – mówi spokojnym i dostojnym głosem.- Wszystkiego dobrego Zosiu. Zdrowia, szczęścia, humoru i optymizmu. Bądźmy dobrej myśli. Tak mawiał mój ojciec i to przekazuję w takich pięknych minutach Wam, Moi drodzy. – A tu, Krzysiu – mówi stryjek – jest specjalne, wolne miejsce dla wędrowca. Gdy zapuka, będzie mógł zasiąść z nami i posilić się ze wszystkimi. Tak każe obyczaj i chrześcijańska tradycja.
    Podchodzę do mojej cioci. Dostaję do ręki opłatek, łamię go czubkami palców
    i niezdarnie wkładam pod język. – Wszystkiego dobrego Krzysiu, zdrówka, dobrych ocen, i wielu, wielu przeczytanych książek w twoim życiu. – A tobie, ciociu: zdrowia i szczęścia…
    Patrzę , patrzę ,patrzę. Bliskość tych ludzi, ułożenie ciał, pochylenie sylwetek, dźwięk głosów, sposób w jaki się ściskają i całują zapamiętuję na resztę swojego życia. Jest w tej scenie coś zniewalającego. A także – co najpiękniejsze – tkwi w ludziach wielka doza pozytywnych wibracji, życiodajnej energii, szlachetna elektryczność.
    Czuję, że jestem. Po prostu J E S T E M. Ogarnia mnie wzruszenie. Czuję, jak łapie gdzieś wysoko za krtań a pod powiekami robi się wilgotno. Dźwięki, zapachy i kolory ŚWIĄT – wszystko to wciska się do głowy brzdąca, onieśmiela, zniewala, wycisza a jednocześnie ekscytuje.
    W moim małym, kompletnie pozbawionym doświadczenia sercu, w jego zakamarkach bałagan i niepokój zastępuje błogostan.
    Uspokojony spoglądam na moich rodziców. Widzę moją piękną mamę, jej kruczo czarne włosy, długą szyję i linię karku, białą bluzkę z kołnierzykiem, którą specjalnie długo prasowała rankiem i te ręce, które dla mnie robią najwspanialsze naleśniki i racuchy, którymi wygrywa utwory: Rachmaninowa i Chopina, Ravela i Debusego, Mozarta i Bacha, z których kocham najbardziej „Intermezzo” Schumanna.
    Na stół wjeżdża waza z barszczem i uszkami. Nie ma telewizji, nie ma radia, nie ma gazet i telefonów, nie ma nic co mogłoby choć przez sekundę zakłócić wyjątkowość tych chwil – szczególnych chwil, które nosi się później przez całe lata, do późnej starości, jak coś drogocennego, bo są wszak tak ulotne jak życie każdego z ludzi. Życie odmierzane przez wskazówki ściennego zegara. Szemrzący potok. Obracającą się winylową płytę z niemodną piosenką na starym gramofonie. Skrzypienie śniegu za progiem wiejskiej chaty. Szczekanie psa. – „ Przybieżeli do Betlejem, Pasterze…” – intonuje stryjek Wiesio. – Grając skocznie dzieciąteczku na lirze…” – podchwytujemy chórem z ciocią Lalą.
    A potem dostaję swoje prezenty. Prezenty, których się w ogóle nie spodziewałem. Książki: „Kiddi – Dziecię Obozu”, „ Duch Puszczy” o Indianach wydanych jeszcze przed wojną przez słynną firmę wydawniczą „Gebethner i Wolf” oraz pudełko cynowych żołnierzyków.
    Moi rodzice – o czym nie mam zielonego pojęcia, już nie są razem. Ale kochają mnie – swego jedynaka – dziecko Powstania – z całej duszy. Aż dziw bierze, że to okupacyjne małżeństwo – mimo rozwodu, przyjaźni się do dzisiaj. Potrafiło rozstać się z klasą, co bywa rzadkością. I dlatego wierzę w te Święta – że niejedna para przetrwa. Bo nie ma nic piękniejszego i wartościowszego od przyjaźni i miłości.

    Komentarze

    1. Pięknie ten dzień jedyny w roku opisałeś , jak zwykle za mało .Proszę o Więcej :-)

      ELA · 14.12.2013 17:53 · #

    2. Czegoś ciekawszego spodziewałam po tym “felietonie” w Sieci, czuję niedosyt , rozczarowanie nie potrafię tego nazwać .Jedno mnie się podobało to zakończenie .Wesołych Zdrowych Świąt dla Ciebie i Rodziny, Życzę i Pozdrawiam .

      Elżbieta · 16.12.2013 11:26 · #

    Textile - pomoc

    Zobacz też: