• Idź do treści
  • Idź do menu
  • Idź do wyszukiwarki
  • Felietony zamieszczone w tygodniku "W Sieci"

    Moja Mała Nostalgia ·

    Nostalgia z języka greckiego oznacza: “ból dawnej rany”. Jest w tym słowie ładunek melancholii, a przede wszystkim dzięki nostalgii, cofamy się w czasie. Do lat kiedy byliśmy kochani.

    Przed laty, gdy byłem bardzo młody nostalgia pojawiała się zwykle przed nadejściem października. Dzięki jesiennej aurze miałem zwykle niesamowitą wenę. Byłem czuły nie tylko na dźwięki, ale przede wszystkim na koloryt tej pory roku. Jesień mnie wyciszała. Lubiłem usiąść przy biurku, zanurzyć się we wspomnieniach i na kilku ryzach papieru pisać o tym co boli, dręczy, nie pozwala funkcjonować.

    W 1985 roku napisałem “Już nie ma dzikich plaż “ – mój bilet wizytowy autora. Stało się to dzięki mojej mamie, która gdy byłem smykiem pokazywała mi puste plaże Juraty, ale nie tylko. Wędrowałem z nią w Międzyzdrojach – daleko, kilometrami, – tam gdzie znika ostatni falochron, a mewy kreślą ósemki nad głową. Nostalgia lat 60-tych. To były nie tylko „dzikie plaże”. Na rogu ulicy „Pod Muszelką” siadywał stary człowiek z akordeonem i grał: tęsknie, rzewnie, do bólu sentymentalnie a czasem skocznie. W kafejce puszczano winylowe płyty. Królował Elvis i Ricky Nelson. Młodzi szli do kafejki przytuleni – nie to co dzisiaj. Pocałunkom i pieszczotom nie było końca. Tamci kochankowie mają dziś ponad sześćdziesiąt lat. Długie spacery wzdłuż dzikich plaż Jastrzębiej góry, w Chałupach, w Dębkach, w Karwi i w Jastarni, zapadły mi głęboko w pamięci. Na całe życie.

    W 1994 napisałem kilka wierszy z myślą o Krzysztofie Cugowskim. To fenomenalny wokalista, który otrzymał od pana Boga nie tylko ciekawy, murzyński tembr głosu, ale wrażliwość, dzięki której potrafi wyśpiewać w niebanalny sposób prawdziwe teksty. Muzykę dopisał potem Waldemar Valdi Parzyński – jeden z tych kompozytorów, którzy w bezbłędny i romantyczny sposób potrafią z kilku muzycznych fraz nadać wierszowi wyraz. W grupie wybitnych kompozytorów muzyki rozrywkowej, w ścisłej czołówce byli: Piotr Figiel, Andrzej Zieliński, Ryszard Szeremeta, Niemen i wyżej wymieniony Valdi.

    “Moja mała nostalgia” – jedna z moich ulubionych ballad o Kazimierzu Dolnym, powstała w 1994 roku w studio Yamahy, na tyłach dawnego kina “Sawa”. Pamiętam, Cugowski nagrał tu kilka perełek, a towarzyszyli mu: Tomasz Szakal Szukalski na saksofonie tenorowym, Zbyszek Namysłowski na sopranie a Krystyna Janda i Piotr Machalica, zarejestrowali na taśmie pierwszy w historii audiobook z moim opowiadaniem pt. “Najpiękniejsi są kochankowie”.

    Piotr przeczytał tekst jak Marlon Brando. Z pozoru niedbale. Lecz tam gdzie wymagała tego narracja i dramatyzm, z niebywałą dozą emocji. Nagrania do dziś robią na słuchaczach wrażenie.
    Najpiękniejsze dwie recenzje z tej płyty, która nosi tytuł “Będę dla Ciebie, kim tylko chcesz”, otrzymałem kilka lat temu od dwóch kobiet. Pierwsza wyznała, że po przesłuchaniu jej ze swym partnerem, oboje doszli do wniosku, że muszą się rozstać. Druga – inaczej: „Dzięki panu, panie Krzysiu – wróciliśmy do siebie po okresie kilkakrotnych zrywaniach naszej znajomości…” Tak, kochać trzeba naprawdę, bo tylko prawdziwe uczucie jest jeszcze cokolwiek warte. Cała reszta jest mirażem. Cóż z tego ,że mamy miłostki, skoro te “kolorowe motyle”
    sprawiają w końcu, że dostajemy moralnego kaca i jest nam najzwyczajniej w życiu gorzko.

    Powracam do “Mojej małej nostalgii “. Ten wiersz powstał dzięki miłości do Kazimierza Dolnego. Wyjątkowego miejsca, które odwiedzam od 6 roku życia, a więc już kilkadziesiąt lat.
    Kazimierz Dolny. Szczególne miejsce. Nie lubię wiele o nim mówić. Znacznie lepiej po prostu go czuć. Rynek w Kazimierzu Dolnym ma swój klimat, niepowtarzalny wdzięk, koloryt. Studnia na rynku. Gaszą w niej pragnienie bezdomni. Fotografują się na jej tle Japończycy, Amerykanie, Francuzi i Włosi. Pełno tu przybyszów z Kielc, Radomia, Gdańska z Poznania. Francuzi byli ostatniego lata wyjątkowo głośni i choć kocham ich melodyjny język, nigdy nie powiedziałbym im by siedzieli cicho, jak onegdaj to zrobił Jaques Chirac. Tuż obok, gra na saksofonie ten sam Białorusin co poprzedniego lata. W jego interpretacji brzmią np.: “Petite fleur” Sidney Bechet’a, a także wiele evergreenów z minionej epoki. Skupiony na grze, nie zwraca uwagi na przewalający się tłum. Podkład instrumentalny ma oczywiście nagrany na dysku. Frazuje czysto i to cieszy, gdyż nie ma nic gorszego od fałszu. Druga postać, to Cyganka Barbara, której nadałem ksywkę “Pani prezes”. Niewysoka, przyczajona, pozbawiona typowej dla innych Cyganek agresywności, sunie za turystami jak sowa podczas polowania na myszy. Już z daleka poznaję ją po obfitych kształtach: wielkim zadzie, biodrach jak dwa dzbany i wzorzystej spódnicy. Daję jej regularnie złotówkę. Niech ma na mleko dla dziecka. Pozostałe cyganichy, z którymi jestem od lat po imieniu, rozproszyły się po rynku i także zaczęły łowy. Należą do nich Ramona, Margerita, Basia. Królowa Zofia – ich matka, zmarła przed dwoma laty w wieku 93 lat.
    Wspierałem ją drobnymi, o które mnie nigdy nie prosiła, w przeciwieństwie do innych, rozmawialiśmy często o świecie, ludziach i panu Bogu. Zofia miała dla mnie zawsze uśmiech – nawet wtedy, gdy była już bardzo chora na nadciśnienie i serce. Wielokrotnie fotografowałem ją a potem malowałem, gdy siedziała na drewnianym podeście pod café “Rynkowa”, w bajecznie kolorowym romskim stroju, z oryginalnymi koralami na szyi i pozłacanym naszyjniku z Matką Boską. Jej ostatnie dni na kazimierskim bruku: lipiec 2010. Nie zapomnę tamtego lata. Nie umiem wyrzucić z serca jej pochylonej, zwiędłej sylwetki, gdy człapie niespiesznie człap, człap, krok za krokiem w miękkich łapciach, bo widać spuchnięte stopy niezmiernie ją bolały, z nieodłącznym kubkiem Coli w dłoni, potykając się co chwila, przystając co parę kroków w poszukiwaniu krztyny cienia w żarze bijącym z nieba.

    Pamiętam, czasami odzywałem się do siedzących ludzi w café grając jej agenta i choć były to moje gierki, żart nie raz, nie dwa udawał się i nagle ktoś z dobrodusznym uśmiechem wrzucał Zofii kilka monet do kubka.
    Któregoś dnia zaproponowałem, że kupię jej chustę Zgodziła się z ochotą. Powędrowaliśmy na targ i gdy przyszło do wybierania między czerwoną i czarną – wybrała po namyśle tę pierwszą. Zofia do ostatnich chwil swego życia, cieszyła się w swojej licznej rodzinie wielkim autorytetem. Śpiewała w romskim chórze i choć nigdy nie słyszałem jej w tej roli – mogę sobie wyobrazić, jak unosi w górę głowę przyprószoną szronem, nabiera w płuca powietrza i śpiewa w swoim języku, którego my – Polacy nie rozumiemy, a szkoda…

    Po drugiej stronie Domu Architekta, na wprost następnych kawiarenek, stoi pan Władek, który na harmonii wygrywa zapomniane piosenki Piaff, Foga i Santor. Właśnie takie kawałki, jak “Millord”, “Jesienne róże”, czy “Już nie ma dzikich plaż”, upodobał sobie Bolek Starek -były karateka i skoczek V dywizji desantowej przed wieloma laty, a obecnie bezrobotny “tancerz”. Mógłbym godzinami obserwować, jak na oczach gawiedzi z Lublina, Puław i stolicy, wystukuje sandałami na bruku tylko sobie znane podziały, z niezłym wyczuciem i gracją, kreśląc nad głową esy floresy, szczerząc do tłumu resztki zębów, by przy końcu każdego numeru elegancko pokłonić się do ziemi. Pytam dziś Bolka Starka, gdzie nauczył się tańczyć a on skromnie odpowiada: – “ Dawniej wyzwalałem swoją energię w walce z przeciwnikiem na macie – dziś w improwizowanym tańcu. A mój taniec, to trochę walka bez walki.” Bolek, to według mnie wielki artysta. Samorodny talent, prawdziwy rodzynek na kazimierzowskim bruku. Jestem przekonany, że gdyby Starek urodził się we Włoszech, asystenci Federico Felliniego migiem wyłowiliby go z tłumu i dali znać o jego talencie mistrzowi. Lecz Fellini dawno nie żyje, a także inny mag włoskiego kina Vittorio De Sica, zaś polscy naturszczycy musza zarabiać na kieliszek chleba jak mogą i gdzie mogą. Tak jak cyganki z Opola Lubelskiego. i tysiące innych bezdomnych z Płocka, Leska, Żyrardowa. W istocie, żaden z turystów spijających piankę z piwa z sokiem malinowym, nie wpada na widok Bolka Starka w zachwyt. W oczach ludzi czai się skrywana pogarda. Tancerz wykonuje dziwne ruchy i skłony. Drepcze w miejscu, podryguje, pląsa. Lecz na bruk nie pada nawet jedna moneta. Podchodzę więc ja. Wyczekuje na odpowiedni moment i gdy Bolek wykonuje ostatni skłon i teatralnym gestem kłania się znudzonej widowni – daję mu w łapsko dwie monety. To zaledwie 2 złote. Kupi sobie bułkę albo dołoży trochę swoich i zje talerz zupy. Na zdrowie człowieku! Jedz, bo musisz mieć jeszcze dużo sił by przetrwać do nadchodzącej zimy. Gdy nadciągnie śnieżna samba, przygarnie cię kumpel. Taki sam jak ty, nikomu nie potrzebny, samotny i bezrobotny człowiek, o którym wielu nie myśli inaczej jak o “śmieciu”. Będziecie grzać dłonie przy szamotowym piecyku. Razem z wiernym kundlem i kotem.

    Kazimierz Dolny, to miasteczko o którym lubię mówić “ Piccolo Roma” – “Mały Rzym”. Od lat 60 -tych obserwuję jego mieszkańców, którzy nazywają samych siebie “kazimierzakami” oraz przyjezdnych: turystów i rzadko artystów. Tych ostatnich ciągle ubywa. Najbardziej brakuje mi na rynku Franka Starowieyskiego. Rzadko tu bywał – przeważnie raz, dwa razy w roku z okazji kolejnego wernisażu w maleńkiej galerii przy Architektach. Jego prace: rysunki i płótna nie wzbudzały entuzjazmu. Obfite i nagie kobiety raczej drażniły gawiedź. Ludzie pogadali, wypili kieliszek wina, zrobili kilka zdjęć na pamiątkę i jak zawsze pobiegli na obiad.

    Nie ma już Franka, nie ma mojej “królowej” Cyganki Zofii. Nie ma także Mietka Pałki – ostatniego Żyda Kazimierza, który kilka lat temu zamarzł na Wisłą. Przynajmniej raz w tygodniu z pod XV – wiecznej Fary, spływa po bruku kolejny orszak pogrzebowy. Sylwetki w białych koszulach i ciemnych strojach kroczą niespiesznie, jak na zwolnionym filmie. Tak odpływa i bezpowrotnie znika każdy z Nas. Prawie niezauważenie. Tylko w café “Rynkowa” młodzi zdobywcy szos, niezmiennie sączą piwo. Kazimierz Dolny , o którym nie lubię dużo mówić. Znacznie lepiej go czuć.

    Moja mała nostalgia. Kto zna tę balladę w interpretacji Krzysztofa Cugowskiego, zapewne pamięta pierwsze linijki tego wiersza:

    Jest takie miejsce na ziemi
    Które dobrze znam
    Prostokąt rynku, studnia, kocie łby
    Niejeden malarz uchwycić tutaj chciał
    Kazimierz w pełnym słońcu
    Tak jak dotąd nikt.

    Komentarze

    Textile - pomoc

    Zobacz też: