• Idź do treści
  • Idź do menu
  • Idź do wyszukiwarki
  • Felietony zamieszczone w tygodniku "W Sieci"

    Casting na Patriotyzm (Moja Polska) ·

    Gdy zawieszam wzrok na półkach z moimi książkami, najczęściej lustruję tę z Klasyką. Wśród arcydzieł literatury są tam między innymi: John Dos Passos i jego „Trylogia amerykańska”, Ernest Hemingway z „Komu bije dzwon” oraz 40-oma genialnymi opowiadaniami, z których najbardziej podziwiam „Rogi byka”. Jest Fiodor Dostojewski z „Graczem”, „Zapiskami z domu umarłych” i „Zbrodnią i Karą. Właściwie mógłbym na tym zakończyć, lecz tuż obok mistrza Fiodora, stoi sobie cichutko następny maestro pióra – Nikołaj Gogol („Płaszcz”, „Rewizor”, „ Martwe dusze”) oraz mój ukochany, odkryty przed kilkoma laty Robert James Waller (” Co się zdarzyło w Madison County”, „Tango na prerii”, „1000 polnych dróg”). Każdy z tych pisarzy wywarł na mnie swoje piętno. Do wyżej wymienionych powieści i sztuk, powracałem i nadal powracam jak maniak, gdyż wiem, że jedna strona lub choćby jeden jedyny rozdział uczciwie napisanej książki są więcej warte, niż tysiące godzin spędzonych przed telewizyjnym pudłem.Ostatnio pochłonął mnie John Dos Passos. Może nie tylko z powodu jego nowatorskiej formy pisania (debiutował w 1920 roku) lecz dlatego, że z kart jego powieści
    i w każdym z bohaterów, wyczuwam niesamowitą miłość do Ameryki. John, to jeden z wielkiej piątki amerykańskich pisarzy, o którym w Polsce nigdy nie było głośno, bo więcej wydawano Johna Steinbecka, Williama Faulknera, Erskine Caldwella, nie mówiąc o Erneście Hemingway ‘u. Niesłusznie, bo John Dos Passos, jako pierwszy z pisarzy wymyślił bardzo filmową narrację w książkach, porzucając znaki przystankowe i stosując technikę „strumienia świadomości i wielogłosowego collage’ u”. W jego „42 Równoleżniku”, co chwila natykamy się na wycinki prasowe z 1920 roku, fragmenty autobiografii i biografii).

    Dziękuje w tym miejscu wybitnemu tłumaczowi Dos Passosa w Polsce panu Krzysztofowi Zarzeckiemu, który podarował mi rzadkie wydanie wyżej wymienionej pozycji z własnym autografem. Dzięki Nim: amerykańskiemu pisarzowi i jego tłumaczowi na język polski, uległem raz jeszcze inspiracji, która sprawiła, że usiadłem do pisania i wpadłem z miejsca w swój trans.
    Pisanie jest jak interesująca rozmowa z drugim człowiekiem, który nie przerywa potrafi słuchać. Twoje myśli i rozterki, nasze przemyślenia i czasami abstrakcyjne skojarzenia pobudzane wyobraźnią, spływają z półkul mózgowych wprost pod palce, a te – niczym posłuszna, wprawiona metafizyczną energią maszyna, uruchamia twórczy proces.

    Ameryka Johna Dos Passosa. Kiedy przebiegam wzrokiem pierwsze kartki Jego „USA „, zastanawiam się, ile w tym pisarzu było miłości do pisania a ile patriotyzmu? Jak genialnie znał swój kraj. Jak czuł swój ląd. Jak doskonale rozumiał jego mieszkańców. Z jakim talentem wnikał w ich małe dramaty: poszukiwanie pracy, doświadczanie biedy, staczanie się na dno ludzkiej egzystencji i kolejne odbijanie się od ściany.

    Ameryka zawsze była tyglem wielu narodowości. Emigranci – osadnicy, to: kierowcy taksówek, rzeźnicy i sklepikarze, budowlańcy, pomywacze i kelnerzy, aktorki i muzycy, a także malarze i pisarze (można by jeszcze długo wymieniać) – wszyscy mieli i mają swoje małe szanse. Wśród nich Polacy, Jugosłowianie, Włosi, Rosjanie Żydzi, Hiszpanie i Chińczycy oraz wiele innych ras, od dziesiątków lat poszukiwało i poszukuje w niej nadal własnej tożsamości, próbując na obcej ziemi odnaleźć sens istnienia. Zapewne niejedna historia to spełnienie marzeń o lepszym świecie.

    Ostatnio, zastanawiam się czym jest właściwie patriotyzm? Co jest w tym pojęciu tak frapującego, że tyle wokół niego szumu. Patriotyzm w Polsce jest ośmieszany. Wielu z niego kpi. Patriotyzm wywołuje zniewagi, a stąd tylko krok do…pogardy. Ci, którym zdaje się, że wiedzą na temat patriotyzmu wszystko, chyba zapominają, że wszyscy ludzie na świecie próbują kochać swoje małe ojczyzny podobnie, choć wierzą w różnych Bogów, należą do skrajnych partii politycznych, mają rozmaite pochodzenie, nie mówiąc o preferencjach seksualnych.

    Jesteśmy różni. Mamy prawo do wolności. Mamy prawo do poszukiwania swego miejsca na ziemi. Tak jak mamy prawo do popełniania błędów. Bo tylko na błędach możemy się nauczyć POKORY.

    Każdy z nas chce być sobą – tylko sobą i na tym polega siła każdego człowieka. Lecz to co jest wspólne, to miłość do swojego kraju. Do miejsca, w którym wyrastaliśmy. Do skrawka ziemi, drogi, łąki, poletka, gdzie chwytaliśmy do butelki chrabąszcze. Kiedy konkurowaliśmy w sportach. Tam, gdzie powraca się na starość. By przekazać coś swoim dzieciom i wnukom. A na koniec – by złożyć, jak znużony słoń, swe kły. Niejeden z nas – tak myślę – oddałby nawet swoją amerykańską czy australijską emeryturę, byle po raz ostatni móc spojrzeć na pochylony czasem dąb, spróchniałą ławkę w parku, na której całowaliśmy dziewczynę i przeżywaliśmy szczenięcą miłość, albo na szemrzącą rzekę, która przypomina nam nasze wakacje. Niezapomniane wakacje 1975 roku bo mieliśmy wtedy zaledwie trzydzieści lat.

    Dziś, gdy światowe lewactwo próbuje za wszelką cenę globalizować narody, warto przypomnieć w tym miejscu, że pojęcie patriotyzmu, jest ściśle powiązane
    z narodem, a ten składa się z rodziny, która nie istnieje bez wiary w Boga i podstawowych zasad etycznych, co w sumie składa się na nasz drogowskaz moralny. Lewacy serwują nam codziennie zdegenerowane odmiany seksu. Popierają homoseksualizm. Wmawiają młodym, że warto tatuować własne ciało, bo to modne. Rozgrzeszają kobiety z prostytucji i aborcji.

    Przebiegam wzrokiem pierwsze karty „USA” Johna Dos Passosa.
    I odbieram je jak niebanalny, wspaniały obraz wcale nieodległych czasów. Obraz miłości pisarza do Ameryki, która próbuje namówić współczesnego człowieka, by się nie odgradzał od innych ludzi. Aby kochał zamiast nienawidzić. Aby szanował bliźniego swego – bardziej, niż samego siebie. Odbieram w tym Jego niekłamany patriotyzm.

    Oto tylko jeden, jedyny fragment z rozdziału „USA”:
    „Ulice opustoszały. Ludzie wtłoczyli się do metra, wsiedli do tramwajów
    i autobusów, rozbiegli się na stacjach do pociągów podmiejskich, zniknęli w kamienicach czynszowych, wjechali windami do apartamentów. Za witryną dwu bladych dekoratorów bez marynarek ustawia manekina w czerwonej sukni, na rogu dwu spawaczy z osłoniętymi twarzami pochylonymi nad niebieskim językiem płomienia reperuje tory tramwajowe, paru pijaków zatacza się po trotuarze, smutna ulicznica spaceruje nerwowo pod łukową latarnią. Od rzeki dochodzi głuchy ryk syreny odpływającego parowca. Gdzieś w oddali buczy holownik.
    Młody człowiek kroczy sam jeden, szybko, lecz nie dość szybko, daleko, lecz nie dość daleko (twarze nikną z oczu, rozmowy rwą się na potargane strzępy, kroki cichną w zaułkach); spieszy się, by złapać metro, tramwaj, autobus, wbiec po trapach na wszystkie parowce, zameldować się we wszystkich hotelach, pracować we wszystkich miastach, odpowiedzieć na wszystkie anonse, nauczyć się wszystkich zawodów, objąć wszystkie posady, zamieszkać we wszystkich domach, spać we wszystkich łóżkach. Jedno łóżko to za mało, jedna posada to za mało, jedno życie to za mało. Więc kroczy nocą, sam jeden, z głową wirującą od pragnień. Bez pracy, bez kobiety, bez domu, bez miasta”.

    A moja Polska? Twój ląd? Twoje miejsce na ziemi? Moja Polska, to kraj pełen sprzeczności. Ziemia, na której wyrosłem, którą próbowałem kilka razy porzucić. Zawsze powracałem. Z Londynu w 1968 roku, w którym byłem hotelowym boy’em. Z Lund, w latach 1975-77, gdzie pracowałem w szklarniach i na plantacjach a także w restauracji. Z Nowego Yorku, gdzie grabiłem liście
    w parku w 1985. Wreszcie z Rzymu, Montrealu i Toronto, w których byłem listonoszem, masażystą, gdzie myłem szyby samochodowe nad Tybrem i wreszcie na koniec wydawałem najskromniejszą w świecie, własną emigrancką gazetę. A było to w latach 1986-91.

    Nie wiem, czy zachód nauczył mnie czegoś więcej, niż nauczyła mnie Polska. Tam uczyłem się pokory – tutaj bez niej – życie zamienia się w koszmar.
    W najlepszym wypadku – w groteskę. Choć zawsze z nadzieją pod marynarką.

    Moja Polska, to nie tylko cudowne pejzaże, ciekawi, kreujący własne życie artyści ale tysiące emerytów z trudem wiążących koniec z końcem. Moja Polska, to dawne posiłki w barach mlecznych, które zastąpiła sieć Mac Donalda. To tłum wyszczekanych, wiecznie lansujących się polityków, dzięki służalczości niektórych głośnych dziennikarzy. Polska to groby naszych przodków. Zabitych przez odwiecznych wrogów. Spoczywających pod przechylonymi krzyżami z desek, bez oznaczeń, choćby tabliczki z imieniem i nazwiskiem. W grobach zarośniętych zielskiem, z których pokrzywa jest jak kwiat, gdzieś hen, hen, pod białoruską granicą. Polska to także legiony powstańców pochowanych na żołnierskich Powązkach. Polska – moja Polska to także pewien dawny sklep WSS SPOŁEM, zamieniony na …PORNO-SHOP. To tysiące upadłych i zbankrutowanych firm a wśród nich kilka stoczni, dziesiątki przedwojennych jeszcze fabryk, które są dowodem nieudolności i cynizmu rządzących.

    Moja Polska, to ciągle nadzieje i rozczarowania. Te pierwsze mają to do siebie, że gdy się spełniają – cieszymy się jak dziecko.

    Polska, o której pewna starsza pani powiedziała pięknie przed śmiercią: – „Nie pozwolę nikomu źle mówić o moim kraju. Bo choć przypomina nieuleczalnie chorego człowieka – wierzę, że kiedyś sprawimy wszyscy razem, że wyzdrowieje, zrobi parę przysiadów i …pobiegnie jak młodzik.”

    Może i ty spróbujesz ją naprawić…

    Komentarze

    Textile - pomoc

    Zobacz też: